Tylko Rock VI 1996

PRZESŁUCHANIE - Tomasz Rzeszutek (Jesus Chrysler Suicide)

"Basista daje tam niemiłosiernie. Pamiętam, że jak go posłuchałem pierwszy raz, to potem przez miesiąc grywałem po pięć godzin dziennie."

Nie dzielę muzyki na dobrą lub złą. Dzielę na taką, która mnie kręci lub nie... To będą rzeczy, które akurat przyszły mi do głowy - to tylko początek długiej listy płyt, które wywarły na mnie jakieś wrażenie. Bo mógłbym jeszcze mówić o najnowszym albumie Davida Bowie. O Killing Joke, których muzyka zawsze mi wchodzi. O fascynacji klimatami typu Bauhaus. O "Big Noise" Apteki, "Historii podwodnej" Janerki i "Aniele w tle" 1984. O Nirvanie i Soundgarden...

KYUSS
Lubię wszystkie ich nagrania. Raczej nie chciałbym wyróżniać konkretnej płyty czy utworu. Chłonę to w całości. Coś co najbardziej chwytam z tej muzyki - to takie garażowe brzmienie i intuicyjne granie. I to szamaństwo. Riffy z czasów Black Sabbath zatopione są w jakimś dziwnym sosie - pewnie sporządzonym z magicznych grzybów (śmiech). Wydaje mi się, że taka muzyka mogła powstać tylko w psychodelicznej amerykańskiej dziurze... I na pewno chciałbym usłyszeć, jak nocą śpiewa amerykańska preria, gdy akompaniuje jej Kyuss. Bo gdzieś czytałem, że zespół wyjeżdża sobie ze sprzętem i z przyjaciółmi w plener, daje tam koncerty. Niestety kapela podobno już nie istnieje... Ich późniejsze rzeczy były jakby bardziej wygładzone. Może dlatego się rozwiązali? A może dlatego, że zmienili upodobania kulinarne?
Odkąd słucham muzyki - starałem się znaleźć coś, czego nie było w radiu. Coś, co nie było "centralnie popularne", a było ciekawe. Za komuny jeździłem na giełdy płytowe do Krakowa... A obecnie mam znajomych w sklepie - przychodzę i puszczają mi to co mają nowego. A ja sobie wybieram...

Neil Young - "Ragged Glory"
Wybrałem "Ragged Glory", ale też podoba mi się jego najnowszy album "Mirror Ball", bo jest w podobnym klimacie. U Younga powala mnie ta prostota, ten naiwny głos, te solówki - zdawałoby się: od czapy... Kiedyś przyszedł do mnie kumpel zagorzały fan metalu. I puściłem mu "Ragged Glory". I oczywiście powiedział do mnie: "Co ty już sflaczałeś - country słuchasz?" (śmiech). Jednak po przesłuchaniu całości stwierdził, że nie jest to takie złe, a solówki prawie jak w Slayerze: raz w jednej, raz w drugiej kolumnie (śmiech). Wydaje mi się, że na "Ragged Glory" jest proste, ale najszczersze, najlepiej oddające osobowość artysty, granie. To samo co w przypadku Velvet Underground, The Stooges, Motörhead, Rolling Stones, Ramones. Grup, przy których zawsze wymiękałem.

SONIC YOUTH - "Goo" i "Experimental Jet Set, Trash And No Star"
Akurat znam ich wszystkie płyty, bo bardzo ich lubię. Myślę, że w pewnym sensie Neil Young był ich ojcem. I Velvet Underground też... Te dwie rzeczy wybrałem ze względu na związane z nimi przeżycia. Poznałem "Goo", kiedy byłem dziwnie sentymentalny. A druga płyta kojarzy mi się z ostatnią zimą. Ma już dwa lata, ale dopiero kilka miesięcy temu dostałem ją na kasecie. Ostatniej zimy miałem bardzo dużo czasu na przemyślenia i przy okazji bardzo fajnie mi ta płyta weszła... Uważam, że ta kapela miała duży wpływ na to, co później robili Dinoraur Jr., Smashing Pumpkins, Afghan Whigs. Podoba mi się, że Sonic Youth ma awangardowe, nowatorskie podejście do gitar. Potrafi pod pozorem hałasu tworzyć coś w rodzaju muzycznych obrazów, które dobrze działają na wyobraźnię. I myślę, że mało jest kapel, w których dwie gitary tak doskonale ze sobą współpracują, a jednocześnie jest to tak lubiane przeze mnie intuicyjne granie...

Primus
Wymieniłbym wszystkie ich płyty. Wszystkie mam, wszystkich słucham. To są dla mnie plastelinowo - napalmowo - haszyszowe świrusy rocka. Dla niektórych moich kumpli jest to najoryginalniejszy band na świecie. Ja w muzyce Primusa słyszę dwie kapele, które są mi także bliskie: King Crimson i Residents. Jest też tam trochę jazzu i funky - oczywiście od tego też nie uciekam. A ogólnie to wiadomo: zakręcone teksty, zakręcony wokal, zakręcone gitary. Zakręcona muzyka, dla zakręconych ludzi (śmiech). Basista daje tam niemiłosiernie. Pamiętam, że jak go posłuchałem pierwszy raz, to potem przez miesiąc grywałem po pięć godzin dziennie. Przestałem to robić, gdy odkryłem Mötorhead (śmiech). O tym zespole nie będę mówił, bo nie wiedziałbym co powiedzieć... Ta muzyka mnie kręci i tyle.

SLAYER - "Reign In Blood"
To ich najmocniejsza płyta. Najbardziej czadowa. Lubię chociaż moja mama bardzo nie lubi. Jak ostatnio tej płyty słuchałem, siedziałem akurat w domu z potwornym bólem zęba, było lato i w pokoju był większy upał niż na zewnątrz. Wrzuciłem jakieś tabletki od bólu i włączyłem Slayera na ful. Gdy płyta się skończyła, moja mama weszła do pokoju i ujrzała pozrywane zasłony, doszczętnie połamany stolik... Później pomogły mi już same tabletki (śmiech). Mam też sentyment do takiego grania, bo kiedyś byłem w kapeli, która podobnie łoiła.

KING CRIMSON - "Red" i "Thrak"
Pierwsza płyta King Crimson to na pewno największy melancholijny odpad w historii rocka, jednak wolę ich bardziej zadziorne i awangardowe pomysły. Takie jak z "Red". Lubię tę płytę ze względu na charakterystyczne gitary i specyficzne harmonie. Odkryłem tę kapelę dla siebie w ten sposób, że najpierw nasłuchałem się Voivoda - Dimension Hatröss, Killing Technology. A oni byli pod wpływem King Crimson... W "Thrak" też czuję coś fajnego. Mojej mamie też pewnie by się nie podobało, a mnie się podoba (śmiech).

SWANS - "Children of God" i " Burning World"
Znam wcześniejsze płyty Swans. Słuchając ich nabrałem wielkiego szacunku do perkusisty: taka niesamowita betonowa jazda, której jednak do końca nie przetrawiłem. U nas, w Rzeszowie, są ludzie, którzy kilka lat temu byli na koncercie Swans w Warszawie i do tej pory go przeżywają... "Children of God" to już - można powiedzieć bardziej subtelny beton (śmiech). Mam tę płytę przegraną z analogu i słuchałem już tego tyle razy, że pamiętam każdy trzask. A "Burning World" jest bardziej liryczny, są piękne, senne zaśpiewy Jarboe. Do tego jeszcze niski głos Giry, hipnotyczny klimat. Wszystko zrobione jest ze smakiem i z wyczuciem. Naprawdę fajna sprawa na jesienne wieczory.

YOUNG GODS
Ich koncert w "Spodku", podczas "Odjazdów", był najlepszy z tych, na których byłem... A jeśli chodzi o płyty to przede wszystkim ostatnia: "Only Heaven". Jest taka uduchowiona. Poza tym wokalista ma coś z Jima Morrisona i nie muszę być starym fanem Doorsów, żeby to stwierdzić. Ma fajny, oryginalny głos. W muzyce są połamane rytmy. Nowatorsko używają samplingu. Całość ma nie powtarzalny klimat. Young Gods kasują wielu pseudoartystów, którzy myślą, że komputer i kwadrat w butelce Coca-Coli wystarczą, by tworzyć muzykę XXI wieku.

THIN LIZZY - "Dedication - The Very Best of Thin Lizzy"
Teraz zrobię taki dziwny skok: Thin Lizzy. Najlepsze są ich single. Mimo wiochmańskiego image'u i nie modnych solówek na dwie gitary są dla mnie królami pozytywnych wibracji. Potrafią szybko odczarować doły. Szczególnie po długiej smutnej zimie. Właśnie ostatni ich sobie odświeżyłem. Ale szczególnie lubię posłuchać ich w lecie, gdy mogę popijać sobie piwo i uganiać się za motylami... A mówiąc serio lubię ten miękki, lekko czarny wokal Phila Lynotta i jego swobodną grę na basie. To jest to. I takie fajne melodie.

CURVE - "Cockoo"
Trudno mi tak wybrać... Powiem teraz o tej płycie, bo akurat jej słuchałem ostatnio. Jest to trzeci kompakt tej brytyjskiej grupy, ale pierwszy, do którego dotarłem. I tak jak do angielskiej muzyki mam uprzedzenia z powodu tego, co puszczane jest w MTV, to stwierdzam, że Anglicy czasami potrafią mile zaskoczyć. Nie wszyscy mają wodę zamiast krwi, a ta kapela jest tego dobrym przykładem. "Cuckoo" to bardzo transowa płyta, której najlepiej słucha się w samotności. Myślę, że drogę dla Curve wytyczył - także brytyjski zespół - My Bloody Valentine, a taki styl grania rozwinął Garbage. Mógłbym w tym momencie opowiadać o tym zespole, ale... kaseta Curve dalej siedzi w moim magnetofonie.

© Jesus Chrysler Suicide, mcbet [ studio4you ]
Sponsor serwera: Kapitał Plus